Brudne sprawki Brytanii

Brudne sprawki Brytanii

Brud, smród i... No właśnie, ubóstwo nie jest w dzisiejszych czasach koniecznym dopełnieniem tej triady. Zamożna Wielka Brytania wcale nie grzeszy czystością. 

– Byłam w szoku, kiedy moja przyszła teściowa zaprosiła nas do domu. Takiego brudu i bałaganu nie widziałam nigdzie – opowiada 29-letnia Daria z Orpington, która za miesiąc bierze ślub z Anglikiem. – Warstwa kurzu grubości palca, brudne ubrania i stare gazety walające się dosłownie wszędzie. Łazienka brudna aż śmierdziało. W kuchni mikrofala, w której chyba eksplodowało jajko. Zaczęłam się bać, że mój chłopak jest przyzwyczajony do takiego mieszkania.

Podziwiamy Wielką Brytanię za rozwój ekonomiczny, ale kompleksy każą nam wytykać tutejszy poziom higieny. Czy naprawdę jest aż tak źle? 

Tysiąc karaluchów na pociąg 

Daria nie jest jedyną osobą, która zwróciła uwagę na brud w brytyjskich domach. Przeprowadzony przed rokiem przez „Sunday Express” sondaż dotyczący utrzymywania czystości w domu odsłonił brudne grzeszki Anglików. Okazało się na przykład, że ośmiu na dziesięciu ankietowanych nie myje toalet. Z kolei „Evening Standard” w 2010 roku podliczył, że brytyjskie pociągi wożą na pokładzie średnio do tysiąca karaluchów, a siedzenia mogą zawierać 200 pluskiew i pcheł. Metodologia tego badania była prosta. Spryskano pociągi chemikaliami i policzono martwe owady. Prywatne środki transportu też nie należą do czystych. Według badań przeprowadzonych przez brytyjski serwis Autoquake co trzeci brytyjski kierowca myje auto raz na pół roku, a 13 proc. nawet raz na rok. Tylko 28 proc. myje auta co miesiąc. 

Szokuje też informacja o higienie osobistej. Aż jedna czwarta mężczyzn i jedna na 14 kobiet twierdzą, że noszą bieliznę przez dwa dni, zanim wrzucą ją do prania – wynika z sondażu serwisu Kelkoo. 3 proc. Brytyjczyków nosi tę samą bieliznę przez 10 lat, a już 26 proc. przez co najmniej pięć. 17 proc. respondentów przyznało, że często nosi majtki z dziurami, 15 proc. – z przetarciami, 13 proc. nie martwi się ich złym dopasowaniem. 

Prawdopodobnie nikogo nie zdziwiła notatka prasowa w „The Independent”, że w 2010 roku pewien Brytyjczyk z Kidlington znalazł całą martwą mysz w chlebie, z którego zamierzał zrobić dzieciom kanapki do szkoły. Sieć hipermarketów, w którym klient nabył pieczywo, musiała wypłacić mu 16 tysięcy funtów odszkodowania. 

Z higieną pod włos 

Na polskich forach aż huczy od wpisów o panującym brudzie w punktach gastronomicznych. Polski sanepid zamknąłby każdą tutejszą knajpę – padają ostre sformułowania. 

– Co z tego, że wymagają tutaj certyfikatów „Safety Food”? Kiedy pracowałam w jednej z restauracji w Bluewater (olbrzymie centrum handlowe 40 km od Londynu – przyp. red.), nie mogłam się otrząsnąć z obrzydzenia – mówi wprost 26-letnia Agnieszka Drzewiecka. – Brudne sztućce opluwane i przecierane ohydną ścierą przez pomoc kuchenną. Woda po myciu toalet pryskająca na czyste naczynia. Kucharze z czarnymi paznokciami, którzy nie myli rąk nawet po wyjściu z toalety. Włosy były w co drugiej potrawie, bo szef kuchni miał wąsy i katar sienny i ciągle wycierał nos wprost nad blatem. Kelnerki w lepiących fartuchach na przemian wynoszące śmieci i podające potrawy bez mycia rąk w międzyczasie. Jestem naprawdę zaskoczona, że w Anglii nie ma masowych zatruć pokarmowych – podsumowuje Polka. 

– Nie lepsi są klienci – dodaje słowacka kelnerka pracująca w japońskiej restauracji. – Nikt nie myje rąk przed jedzeniem, choć mamy dostępne toalety. Czasem klienci przecierają ręce środkami antyseptycznymi, ale po posiłku. Wielu z nich, zwłaszcza panów, nie myje rąk po wyjściu z łazienki. Widzę to po tym, że w damskiej toalecie uzupełniam zapas mydła raz na tydzień. W męskiej – raz na miesiąc. 

Coś w tym musi być... 

Inaczej popularny program „Perfekcyjna pani domu” nie poruszałby kwestii nauczenia Anglików efektywnego sprzątania. Jego autorka, Anthea Turner, w swojej książce o tym samym tytule tłumaczy, że niezbędne jest wycieranie kurzu nawet za kaloryferem, zabrudzone ubranie musi trafić do pojemnika na bieliznę przeznaczoną do prania, pod łóżkiem należy odkurzać częściej niż raz na trzy lata, a warstwa brudu na kuchence może być przyczyną zatrucia. Brytyjczycy nie wiedzą też, że powinni myć okna, prać zasłony i zmieniać pościel. Jak podsumował to złośliwie jeden z forumowiczów sfory.pl, to dlatego sprzątają u nich Polacy. 

Władza, a zwłaszcza samorządy, podejmują z brudem nierówną walkę. Szerokim echem odbiła się sierpniowy happening kampanii „Keep Britain Tidy” oraz dyrekcji Parków Królewskich. W jego ramach niewielki róg w północno-wschodniej części Hyde Parku został pozostawiony samemu sobie na cały weekend. Nikt tam w tym czasie nie sprzątał, by sprawdzić, ile odpadków zostawią przechodnie i turyści. Po 48 godzinach zakątek zmienił się w pobojowisko. Wokół koszy piętrzyły się góry śmieci – papierosowych niedopałków, resztek jedzenia z fast foodów, pudełek i kubków, butelek, a nawet zużytych pampersów! Po dwóch godzinach sprzątania aktywiści zebrali 109 wielkich worków z odpadkami, których waga przekraczała w sumie pół tony. 

– Zdajemy sobie sprawę, że ludzie uwielbiają tereny zielone, ale to od nas wszystkich zależy, żeby pozostawały one czyste – oceniał wyniki eksperymentu Phil Barton, szef „Keep Britain Tidy”. 

Sprzątanie samego Hyde Parku kosztuje rocznie 300 tys. funtów. Wszystkie samorządy Anglii wydają co roku na zbieranie śmieci niewyobrażalną kwotę 885 milionów funtów. Mimo wielu podejmowanych akcji uświadamiających te koszty rosną. Brud nie jest więc tylko problemem estetycznym, ale również gigantycznym wyzwaniem finansowym. 

Czy zawsze tak było? 

Czystość jest stosunkowo młodym wynalazkiem. Chyba, że weźmiemy pod uwagę świat starożytny, gdzie łaźnie były centrum życia towarzyskiego. Im później, tym Europa, a w tym i Anglia, była coraz brudniejsza. 

Świat średniowieczny śmierdział bardziej od naszego, ale ludzie byli do tego przyzwyczajeni, aczkolwiek wyjątkowo nieprzyjemne wonie nie przemykały niezauważone. Przestrzeganie higieny należało do dobrego dworskiego obyczaju. 
Ciekawa jest w tym przypadku historia londyńskich łaźni. W II połowie XII wieku król Henryk II oficjalnie uznał dzielnicę Southwark, gdzie mieściła się większość zakładów kąpielowych, za legalną dzielnicę domów publicznych. 

Ponad 150 lat później londyńscy rajcowie, bojąc się patologii, które im towarzyszyły, łaźnie jednak... zdelegalizowali. Wzrost dbałości o higienę wrócił do Europy wraz z wyprawami krzyżowymi. Rozkosze zażywane w hammamie spowodowały, iż zakłady kąpielowe zaczęły się upowszechniać. XIV-wieczny Londyn miał ich co najmniej osiemnaście. 

Kolejny regres nastąpił w XVI wieku. Królowa Elżbieta kąpała się raz w miesiącu – jak sama zastrzegała – „niezależnie od tego, czy było to konieczne, czy nie”. Higiena obejmowała również odpowiednie wyposażenie ustronnych miejsc. John Colet, założyciel prestiżowej szkoły im św. Pawła w Londynie kazał w 1518 roku zainstalować w niej dla uczniów pisuary. „Za inną potrzebą chłopcy mogą się udać nad brzeg Tamizy” – pisał. 

XVII stulecie było wręcz spektakularnie brudne. Następca Elżbiety, Jakub I, mył podobno tylko palce. 

Wszystkiemu winna woda 

Skąd ta niepopularność czystości? Otóż „oskarżano” wodę o otwieranie porów, co umożliwiało wnikanie w głąb ciała chorobotwórczych „miazmatów”. Powolna rehabilitacja wody nastąpiła dopiero w XVIII wieku. Wtedy to zaczęto dostrzegać wszechobecny brud. Angielski lekarz, John Shebbeare, pisał w 1755 roku: „Zakryte części ciała bywają bardziej zaniedbane u Angielek niż u mieszkanek Italii”. 

Lady Mary Wortley Montagu, żona angielskiego ambasadora w Konstantynopolu słynęła wręcz z brudu. Jak głosi anegdota, ktoś widząc ją w operze zawołał: „Jakież brudne ma pani dłonie, milady!”. Ta odparła: „Powinien pan zobaczyć moje stopy”. 

Brud nie był niczym wyjątkowym w ówczesnej Anglii, a wysokie urodzenie nie kojarzyło się jednoznacznie z zadowalającym stopniem higieny. Na przykład James Boswell, wykształcony przedstawiciel szkockiego ziemiaństwa, znany jako biograf Samuela Johnsona (sławnego leksykografa i pisarza), mył się tak rzadko, że o jego smrodzie krążyły legendy. Kiedyś służący korzystając z okazji, że Boswell był pijany w sztok, postanowili go wykąpać. 

To z tych czasów wywodzi się tradycja opuszczania przez kobiety jadalni po zakończeniu posiłku w eleganckich angielskich domach. Pozwalała ona dżentelmenom wyciągnąć z ukrycia nocnik i załatwić się bez konieczności przerywania konwersacji. 

Lord Chesterfield opisuje znajomego, który tuż po oficjalnym obiedzie wydarł kilka stron z jego egzemplarza poematów Horacego, udając się do toalety, gdzie czytał je podczas wypróżniania, a następnie zrobił z nich użytek wykorzystując jako papier toaletowy. Przypadek ten zwrócił uwagę lorda nie ze względu na brutalne potraktowanie klasyka, tylko na sam fakt wytarcia się. Taka dbałość o higienę stawiała znajomego w ówczesnej dobie w gronie pedantów.

Zmiana wisząca w powietrzu 

Filozof John Locke, który był też lekarzem, już w 1693 roku zalecał codzienne mycie stóp w zimnej wodzie, zwłaszcza dzieciom. W 1701 roku inny lekarz, sir John Floyer, opublikował „Dzieje zimnych kąpieli”, gdzie tłumaczył, że jest to sposób na wszystkie choroby. Inny Brytyjczyk, John Wesley, popularyzując wśród ludu zimne kąpiele przytaczał przykład niewiasty, która „zażywając zimnych kąpieli 22 razy w miesiącu została całkowicie uleczona z kolki histerycznej, konwulsji, drgawek, potów, przewlekłych wymiotów oraz wędrujących bólów w kończynach i w głowie połączonych z całkowitą utratą apetytu”. 

Zaczęto dostrzegać również pożytki z kąpieli morskich. Nawet królewski obłęd (a w rzeczywistości porfirię) dało się wyleczyć dzięki morskiej wodzie. W 1789 roku, po pierwszym ataku szaleństwa, król Jerzy III udał się do Weymouth. Całą wioskę z tej okazji przyozdobiono napisami „Boże, chroń króla”, a gdy tylko monarcha zanurzył się w wodzie, specjalna orkiestra zaczęła grać hymn. W 1750 roku Richard Russell wydał „Traktat o pożytkach wody morskiej” i wybudował dom uzdrowiskowy we wcześniej pogardzanym Brighton, które dzięki temu zmieniło się w piękne uzdrowisko. 

Inną, czysto angielską innowacją była toaleta wewnątrz budynku zamiast podwórkowego wychodka. We Francji określano taki przybytek mianem „angielskiego miejsca”. 

Prysznic niebezpieczny dla zdrowia 

Słynny XIX-wieczny pisarz, Charles Dickens był czyściochem. Wybredny, pedantyczny, regularnie przeprowadzał inspekcje w sypialniach swoich dzieci. Kiedy kupił w Londynie dom przy Tavistock Square, wyposażył go w  nowoczesną łazienkę z wanną i natryskiem. 

Dickens był jednak wyjątkiem. W przeważającej większości ludzie nadal myli się używając miednicy i dzbanka, na stojąco lub w płytkich małych baliach. Prawdopodobnie przyczyną była obawa, że czyste genitalia mogą owocować rozpasaniem seksualnym. W owych czasach bogobojność była bardziej ceniona od czystości. W 1812 rada miejska Londynu odmówiła instalacji prysznica w siedzibie burmistrza, ponieważ „jak dotąd nie było skarg na jego brak”. Nawet królowa Wiktoria, kiedy zamieszkała w Pałacu Buckingham w 1837 roku, musiała obchodzić się bez łazienki. 

Chociaż stopień zaawansowania technologii umożliwiał już doprowadzenie wody na wszystkie piętra brytyjskich domów, to niewiele osób, nawet bardzo zamożnych, z tego korzystało. Według lorda Ernesta Hamiltona, którego dzieciństwo przypadało na lata 60. XIX wieku, wanna nadawała się bardziej do puszczania łódek lub hodowania rybek. Zwłaszcza, że opublikowany w 1860 roku „Podręcznik dobrych obyczajów” uznawał prysznic za zbyt niebezpieczny dla zdrowia, ciepłą kąpiel za zbyt wyczerpującą, a zimną za słabo oczyszczającą. 

Do przemyślenia kwestii czystości zmusił Brytyjczyków najazd Irlandczyków w II połowie XIX w. Nadmierna kondensacja ludzi i koszmarne warunki higieniczne powodowały plenienie się chorób: duru, tyfusu, dyfterytu. Jednak dopiero pojawienie się cholery przywleczonej z Azji zmobilizowało Brytyjczyków do podjęcia kroków zapewniających minimum higieny w dzielnicach biedoty. Zresztą sama klasa robotnicza broniła się przed myciem. Pewien górnik z Lancashire porównywał warstwę brudu do płaszcza, który przyjemnie grzeje. Wielcy pedanci z dzielnicy biedaków myli zazwyczaj twarze, uszy i szyje. Reszta nie traciła czasu na takie zbytki. 

Idea czystości zwycięża 

W 1846 roku powstała ustawa zmuszająca gminy i parafie do budowania łaźni i zakładów pralniczych. W ciągu następnych sześciu lat takie zakłady otworzyły: Birmingham, Liverpool, Bristol, Nottingham, Tynemouth i Preston. Sam Londyn miał trzynaście, w tym jeden wzorcowy w Whitechapel, który odwiedzały delegacje francuskie i belgijskie pragnące przeszczepić na swój grunt angielską innowację. Mimo obecności wyżej wymienionych przybytków proletariat wcale nie chciał się kąpać. Nadal uważano to za ryzykowne przedsięwzięcie, bo od kontaktu z wodą „można się rozchorować”. Oprócz tego wiele robotnic uważało, że chodzenie do łaźni nie przystoi niewiastom. Podobnie jak proletariat reagowała klasa wyższa. Jeszcze po 1862 roku zatrudniano nosiwodów zamiast zainstalować w zamkach i pałacach systemy doprowadzające wodę. Tylko klasa średnia i nuworysze byli otwarci na nowe udogodnienia jak gaz, toalety i bieżąca woda. 

W 1910 r. w Zjednoczonym Królestwie wprowadzono zasadę szerzenia idei czystości w szkołach oraz obowiązek instalowania sanitariatów i kontrolowanie higieny osobistej uczniów przez nauczycieli. 

Prawdziwa rewolucja nadeszła jednak dopiero po II wojnie światowej. Dzisiejsze wymogi higieniczne zawdzięczamy Ameryce, w której branża mydlana wymusiła silną konkurencję i stała się przyczyną wymyślania potrzeb, które tylko ona sama mogła zaspokoić. Zaczęto więc walczyć ze wszystkimi możliwymi przejawami brudu, potem i bakteriami. Zachęcano do wielokrotnych kąpieli w ciągu dnia, stosowania kilku rodzajów dezodorantów, płukania ust i higieny sfer intymnych. 

Tymczasem około 20 lat temu historia czystości, a raczej brudu, zatoczyła koło. Pojawiły się głosy, że przesadna higiena może być szkodliwa. W 1989 roku w „British Medical Journal” ukazał się artykuł sugerujący, iż odrobina brudu uczy nasz organizm radzić sobie z bakteriami. Gdy go wyrugujemy całkowicie z naszego środowiska, organizm przestaje produkować pewne odmiany limfocytów przeznaczone do niszczenia bakterii. Więc żeby wyleczyć alergiczne dzieci, podaje się im pakiet bakterii, z którymi nie miały szans spotkać się wcześniej, czyli po prostu „pigułkę brudu”. 

O tym, że dezodorant może być naprawdę niebezpieczny, przekonał się brytyjski nastolatek Jonathan Capewell w 1998 roku. Obsesyjnie stosując dezodoranty kilkakrotnie w ciągu dnia zatruł się śmiertelnie propanem i butanem. Sekcja zwłok wykazała, że w jego krwi stężenie gazów przekraczało dziesięciokrotnie dopuszczalną dawkę. 
Jego smutny los uczy jednego. Z brudem należy oczywiście walczyć, ale każda przesada może skończyć się katastrofą.

 

 

Polacy mają swoje za uszami

 

Naród znad Wisły również nie należy do czyściochów. Z raportu wykonanego dla jednej z firm kosmetycznych wynika, że Polki unikają kąpieli. Aż 17 proc. pań codziennego prysznica nie traktuje jako konieczności. Co piąta kobieta szerokim łukiem obchodzi dezodoranty, a co czwarta nie używa żadnych preparatów do higieny intymnej. 

Według sondażu TNS OBOP z maja 2010, aż 14 proc. badanych kobiet przyznaje, że po szampon do włosów sięga raz w tygodniu lub rzadziej, 12 proc. potrafi przetrwać dzień bez umycia całego ciała, a są i takie, które mycie zębów uważają za coś zbędnego. Co dziesiąta Polka ze szczoteczki korzysta tylko raz dziennie. 

Z kolei z badań Państwowego Zakładu Higieny wynika, że jedynie 65 proc. Polaków zmienia bieliznę codziennie, 65 proc. zakłada codziennie czyste skarpetki lub rajstopy i jedynie 63 proc. używa codziennie dezodorantu. Jeszcze mniejsze grono rodaków udaje się codziennie pod prysznic. 

Firma Domestos urządziła eksperyment, w którym ankieterzy przebrani za babcie klozetowe mieli obserwować zachowania klientów. Okazało się, że 63 proc. mężczyzn nie umyło rąk po wyjściu z publicznej toalety. Umywalkę ominęła też co czwarta kobieta. 10 proc. mężczyzn i 13 proc. pań podczas mycia rąk nie użyło mydła. 

Prawdziwy koszmar odkrywają raporty sanepidu. U pracowników gastronomii często udaje się wykryć na rękach bakterie coli, występujące w kale ludzkim. Polska znajduje się również na czwartym miejscu w Europie pod względem częstotliwości występowania chorób grzybiczych. Co drugi Polak cierpi na grzybicę stóp, a co czwarty na grzybicę paznokci.


Autor: Anna Dobiecka

 

Źródło: Goniec.com 

  • dodany przez: admin
    Komentarze: 0
    paź.
    20
    2011
    O tym czy jest przemoc, co zrobić kiedy doświadczamy przemocy można pisać  i mówić wiele … ale mało mówi się na temat tego jak będę się czuł/czuła starając się rozstać z osobą w związku, gdzie przemoc występuje. Skala problemu nabiera jeszcze większych rozmiarów jeśli jesteśmy oddaleni od naszego domu i bliskich nam osób. Tym artykułem Merseyside.pl oraz Agnieszka Poloczek z www.counsellingap.co.uk rozpoczynamy serię traktującą o przemocy w rodzinie.
  • dodany przez: admin
    Komentarze: 0
    paź.
    11
    2011
    Brud, smród i... No właśnie, ubóstwo nie jest w dzisiejszych czasach koniecznym dopełnieniem tej triady. Zamożna Wielka Brytania wcale nie grzeszy czystością. 
  • dodany przez: admin
    Komentarze: 0
    sie.
    15
    2011
    Pobyt za granicą w większości wypadków wiąże się z koniecznością częstych przeprowadzek z miejsca w miejsce, a co za tym idzie, ciężko człowiekowi gdziekolwiek poczuć się jak w domu. Wielu landlordów nie życzy sobie, aby najemcy dokonywali większych zmian w wystroju wnętrz, najemcy też nie kwapią się do inwestowania w nie swoje. Skutek jest taki, że często całymi latami mieszkamy w cudzych domach, nigdzie nie czując się jak u siebie. Tak jednak być nie musi.
  • dodany przez: admin
    Komentarze: 0
    sie.
    12
    2011
    Polska i Wielka Brytania są jednymi z najgorszych krajów, jeśli chodzi o wychowanie dzieci, wynika z badań naukowców z York University. Polska znajduje się na 20. miejscu, Wielka Brytania jeszcze dalej, bo na 24. Potem jest już tylko Malta, Rumunia, Bułgaria, Litwa i Łotwa. 
  • dodany przez: admin
    Komentarze: 0
    sie.
    11
    2011
    Dziecko uczące się jednocześnie dwóch języków podczas codziennych rozmów miesza je i popełnia błędy. To naturalne zjawisko może powodować stres. Dlatego warto zadbać o rozwój jego słownictwa i wiedzieć, kiedy i w jakim języku z dzieckiem rozmawiać. Dwujęzyczność bardzo rzadko jest całkowicie zrównoważona. Niewiele jest osób, które w absolutnie takim samym zakresie władają jednym i drugim językiem. Zazwyczaj jedną dziedzinę życia dominuje język pierwszy, a inną drugi. Aby utrzymać dwujęzyczność twojego dziecka, należy dbać o jej jak najbliższe zrównoważenie.